O trudach kupowania zabawek i o tym, że nie wszyscy to lubią

Napisane przez 24 Lis 2017 w Zabawki
Dodaj komentarz

dzieci-1

 

Już gorszego tytułu nie mogłam przed świętami wymyślić. Toż to czas największych zabawkowych zakupów w ciągu roku. Piękny czas, ale ja mam dzisiaj gorszy dzień i widzę też, że jest to czas przesytu, kupowania na siłę, na wagę, bez zastanowienia. Gdyby przeprowadzić badania – jak długo dzieci aktywnie bawią się zabawkami, które dostały pod choinkę, okazałoby się najprawdopodobniej, że żałośnie krótko. Reklamy napędzające dziecięce pragnienia, rankingi zabawek, które z kolei nam mają nam wskazać najlepszy kierunek konsumpcji – ciężko, ciężko się temu oprzeć. Chyba, że zaczynamy mieć dość. Tak jak ja dzisiaj.

To nie musi być trwały stan, ale czasem może dopaść. No i dopadł. Wchodzę do sklepu zabawkowego z autentycznym zamiarem kupienia czegoś, chcę wydać pieniądze, mam mocne postanowienie, że nie będę nawet bardzo wybredna. Mijam maskotki – nie, nie lubię tych dużych oczu i włochatych skupisk kurzu i cukierkowych min. Zresztą – mamy już tyle, a potem trudno się rozstać. Mijam klocki – te najpopularniejsze. Nie, też nie – buduje tylko z instrukcji, potem leżą, stoją, kurz osiada, lądują w pudełkach, bez sensu. Mijam gry. To mogło by być to. Ale przypominam sobie wtedy, że na szafie leży gra którą dostała ostatnio i jeszcze w nią nie graliśmy. Bo oprócz gry trzeba dać dziecku swój czas. A nie daliśmy. Tego im brakuje pewnie najbardziej. Zabawka to tylko narzędzie do spędzania czasu. Najlepiej wspólnego spędzania. Idę dalej. Mijam figurki, domki, kucyki, mebelki. Nie lubię być kucykiem i mówić piskliwym głosem. Dzisiaj wkurza mnie ustawianie mebelków w mało gustownych domkach. Widzę zestawy DIY. O nie. Jaki sens. To nie jest żadne „zrób to sam” tu wszystko jest już zrobione, wybrane, wymyślone, wycięte. Gotowe formy, wzory i narzędzia, dające jakieś koszmarnie mylące złudzenie kreatywności, która w tym układzie w ogóle nie istnieje. To nauka wypełniania poleceń i czytania instrukcji w atrakcyjnej formie. Inwencja jest tam, gdzie mamy prostokąt materiału, a nie wyciętą lakę z dziurkami przez które trzeba przeciągnąć załączona nitkę.

Ale to minie wszystko. Są przecież zabawki lepsze i gorsze. I dni też – dzisiaj miałam ten gorszy po prostu. Jutro na pewno czymś się zachwycę. Ale jednak będę wybredna. Może pójdę do innego sklepu. Pójdę do turystycznego. Obejrzę latarki, scyzoryki, kubki termiczne. Docenię ich praktyczną użyteczność. Potem pójdę do pasmanterii. Kupię może trochę rzeczy, z których nie od razu wiadomo co uszyć. Które na pewno się przydadzą, jeśli dam w pakiecie swoje zaangażowanie. Może pójdę do plastycznego. To już zupełnie nieprzewidywalne co narodzi się z kartki papieru, bibuły i ołówka. Muszę to wszystko przemyśleć. Czy lepiej zaspokajać dziecięce oczekiwania, czy lepiej, żeby poczuło jak to jest dostać wędkę zamiast ryby? Czy zniosę ten wzrok, kiedy otworzy paczkę, a tam będzie coś co nie wiadomo czym stać się powinno? Bez instrukcji, bez baterii, za to z nieograniczonym polem do popisu.

A może najlepiej byłoby pracować nad pragnieniami. Nauczyć odróżniania blasku od wartości. To jest rola rodziców, rola mediów, które potrafią pokazać coś więcej niż reklamy z których przecież nierzadko żyją. Ale tak być musi, reklamy są przecież potrzebne również po to, żeby media, blogi i czasopisma mogły funkcjonować. Natomiast dobrze pamiętać, że często są skierowane do bardzo statystycznego odbiorcy. I trzeba sobie zadać pytanie, czy nim jesteśmy.

 

Zdjęcia: Scott Webb